Wymiana Caritas Belgii-Jerozolimie

niedziela 9 październik 2011, 20:13 1 komentarz

Przepraszamy, ale ten post jest tylko po Angielsku.

Kategorie:Podróże Tagi:

Mazury 2011

środa 10 sierpień 2011, 13:08 1 komentarz

Na lato 2011 z dawien dawna mieliśmy zaplanowane wakacje we dwoje. Mój gotowy dyplom miał czekać na obronę podczas gdy Hanne i ja będziemy się wygrzewać w Chorwacji. Joka, organizacja Caritas skupiająca wolontariuszy pomagających w domach dla osób starszych, zaproponowała swojej weterance – mojej Hanne – 10-dniowy wyjazd na wolontariat do Izraela, w sierpniu, w drugiej połowie jej urlopu. To okazja – wyjazd był w całości bezpłatny. Powiedziałem Hanne: „Jedź!”. Czas jaki mieliśmy przeznaczony na nasze egzotyczne wakacje skrócił się do 10 dni. Planowana trasa do Chorwacji wiodła przez Polskę. W Łodzi samochód Hanne miał być wyposażony w instalację gazową LPG. Policzywszy wszystko raz jeszcze wyszło, że wakacje zamiast na odpoczynku spędzimy w samochodzie. Był koniec maja – na zmianę planów nie było jeszcze za późno.

Może coś bliżej Łodzi??? Biorąc pod uwagę nasze marynistyczne plany mieszkaniowe na przyszłość wpadłem na pomysł, że miło byłoby odwiedzić Mazury i trochę pożeglować po znajomych szuwarach. Tam jeszcze nas razem, Bronka & Hanne nie było. Hanne mogłaby też zobaczyć wreszcie jak to jest kiedy pokład się kiwa.

Ekipa do żeglowania skrzyknęła się jak zwykle spontanicznie i szybko. Na początku czerwca wydawało się, że pływać będziemy całą flotyllą. Ostatecznie stanęło na dwóch sporych (jak na Mazury) łajbach wypożyczonych z Mariny Evelyn w Bogaczewie k. Giżycka. Wpłaciliśmy zaliczki, podpisaliśmy umowy czarterowe i zostało tylko czekać na 23 lipca. W ostatecznym składzie ekipy znaleźli się znajomi Bronka: Maciek i Asia, Łukasz i Paula oraz Staszek i jego znajomy ze studiów Kamil z Gosią. Od strony Maćka dołączył do nas Maruda z Sylwią, od Asi dołączyła do nas Karolina. Na miejscu okazało się, że pożegluje z nami również brat Gosi – Patryk. Razem ze mną i Hanne 13 osób.

Czas do rejsu upłynął szybko. 13 lipca pojechałem do Hanne, by potem razem przyprowadzić auto do łódzkiego gaziarza. Zakupiwszy nowe gumowe spodnie, sandały i parę innych niezbędnych rzeczy typu plastikowa mapa, baterie itd. ruszliśmy. Nowa instalacja w samochodzie Hanne o dziwo po drodze nie wybuchła. Wykonawcą instalacji LPG w samochodzie była solidna łódzka firma. Na później pozostawiliśmy sobie przyjemności związane z dopinaniem procedur zmierzających do wstemplowania instalacji w Belgijski dowód rejestracyjny…

Po drodze trenowałem asertywność. Przez samochód byliśmy nieco spóźnieni i na miejsce gdzie czekały już palące się do żeglugi załogi mieliśmy dotrzeć punkt o zachodzie słońca. Ani mi się śniło wypływać po ciemku – co za GŁUPI pomysł. :) Gdy dotarliśmy na miejsce Hanne zdała się lekko onieśmielona jachtem. Zadeklarowała, że będzie mi podawać rzeczy z brzegu. OK. Zaokrętowawszy się i wyraziwszy twardy sprzeciw żeglarskim tułaczkom po mazurskim zmroku przystąpiliśmy do oględzin stanu butelek z wódką oraz innych specyfików.

Załodze w składzie Ja, Hanne, Łukasz, Paula i Staszek (później dołączyli do nas Kamil i Gosia) przypadła Evelyn 2 czyli Antila 26. Część ekipy z Maćkiem i Marudą zajęła Evelyn 4 czyli Janmora 28. Obie łódki były świeże, czyste i wszechstronnie wyposażone. Z osprzętu żeglarskiego posiadały: lazy jacki, patenty do kładzenia masztu, rolfoki, wygodne knagi, kabestany z korbami oraz silniki. Evelyn 4 miała mocny silnik stacjonarny. Okazał się on jednak być paliwożerny i uniemożliwiać cumowanie rufą w płytkich miejscach. Pod pokładem zaś były chemiczne kingstony, wyposażone kambuzy, radia. Antila posiadała nawet gazową lodówkę. Wnętrza obu łódek poprzedzielane były drzwiczkami co zapewniało większy komfort i prywatność. Łączność między łódkami w miarę możliwości i odległości zapewniały przywiezione przez nas dwie krótkofalówki systemu PMR.

Co się tyczy żeglowania, nieco ostrzej pływająca Antila 26 wykazała się większą czułością na słabszy wietrzyk, Janmor 28 zaś większą prędkością przy wietrze silniejszym. Janmor pływał nieco szybciej także dla tego, że jego załoga miała tendencję do wstawania i wypływania wcześniej. ;) Antila miała 26 stóp czyli 780 cm długości i 30 m2 żagli, 28 stopowy Janmor miał 840 cm długości i 40 m2 żagli. Janmorowi doskwierało większe zanurzenie – na dziko cumował do naszej rufy, bądź na końcu kejki. Obu załogom udało się pobruździć dno mazur mieczem.

Trasa powiodła nas z Bogaczewa, przez Mikołajki, Zatokę Kaczerajno, Kulę, Sztynort i Mamerki. W 7 dni zdołaliśmy odwiedzić zarówno południowy jak i północny kraniec szlaku Wielkich Jezior Mazurskich. Wracając z Kaczerajna w stronę Kuli zgarnęliśmy w Mikołajkach spóźnionych Kamila, Gosię i jej brata Patryka.

Hanne szybko wyzbyła się swojej nieśmiałości do łódki. U steru Evelyn 2 zasiadali głównie Łukasz (Captain, Captain, Captain), Bronek (Captain), Hanne (Majtek Bow String) a także chwilami Staszek (Captain, Captain). Z uwagi na Hanne wypracowaliśmy sobie specyficzne słownictwo. Na łódce słychać było takie sformułowania jak „sword” czyli miecz, lub PULL UP stosowane jako komenda na topenantę i lazy jacka czy wspomniany sword. Łukasz serwował też mikstury typu „maybe nawet”.

Ogółem kupa śmiechu. Codziennie rano kąpaliśmy się w jeziorze, za dnia żeglowaliśmy, wieczorem piliśmy piwo, śpiewaliśmy przy ognisku, łowiliśmy ryby, graliśmy w gry bądź robiliśmy wszystko to naraz.

30 lipca, po 7 dniach rejsu byliśmy z powrotem w Bogaczewie i przyszedł czas na klar i pożegnanie z łódkami. Odzyskawszy kaucję skierowaliśmy się jeszcze z Hanne, Paulą, Łukaszem i Staszkiem do Signor Caffetano - położonej nieopodal Mariny Evelyn restauracji włoskiej. Wybór miejsca na pożegnalny obiadek okazał się przedni! Posiliwszy się Łukasz, Paula i Staszek ruszyli w drogę. Ja i Hanne korzystając z pięknej pogody raz jeszcze wskoczyliśmy do jeziora i również pognaliśmy do Łodzi.

Hanne z krótką wizytą u Bronka, Czerwiec 2011

środa 15 czerwiec 2011, 00:20 Brak komentarzy

Kliknij angielską wersję by poczytać więcej!

Kategorie:Podróże Tagi:

Somma, Pikardia i Amiens 2011

piątek 29 kwiecień 2011, 21:43 Brak komentarzy

Kliknij w angielską wersję by poczytać więcej!

Francja poklatkowo

środa 27 kwiecień 2011, 17:08 Brak komentarzy

W Wielkanoc 2011 byliśmy we Francji na kampingu. Oto zajawka.

Bronek in Jardins de Valloires

Hanne picking shells in Fort-Mahon-Plage

Hanne & Bronek, Fort-Mahon-Plage

Hanne drives into our tent

Boże Narodzenie 2010

środa 5 styczeń 2011, 17:11 Brak komentarzy

Kliknij na wersji angielskiej by przeczytać więcej.

Kategorie:Wydarzenia, Podróże Tagi:

Katrien, Gerbert en Merlijn

wtorek 4 styczeń 2011, 12:22 Brak komentarzy

Na tym filmie poklatkowym widać Katrien, siostrę Hanne świętującą w Brugii, w towarzystwie mężczyzn swojego życia – Gerberta i Merlijna rodzinny wieczór Sylwestrowy 2010. W ten dzień tata Hanne, André obchodzi też urodziny.
Katrien, Gerbert en Merlijn

Parę filmów z Brugii

poniedziałek 3 styczeń 2011, 17:08 Brak komentarzy

Zamiast długich i nudnych galerii, tym razem mówiący sam za siebie obraz ruchomy. Na filmach wieczór sylwestrowy 2010 w Brugii, w domu rodziców Hanne, obiad noworoczny w Varsenare, w domu Hanne babci, oraz Hanne i Bronek w the marinie w Brugii.

New Years Eve 2010, Brugge, Belgium

Liza and Joke, New Year's Dinner 2011, Varsenare, Belgium

New Year's Dinner 2011, Varsenare, Belgium

Tatry + Gdańsk 2010

piątek 20 sierpień 2010, 18:56 Brak komentarzy

Przejdź do wersji Angielskiej by poczytać więcej.

Wizyta w Gent, Maj 2010

niedziela 30 maj 2010, 19:05 Brak komentarzy

Wulkaniczna chmura spowodowała, że nasze spotkanie opóźniło się i odbyło się dopiero w polski weekend majowy. Bilety były wyjątkowo tanie jak na ten termin. W poniedziałek 3 maja chcąc spędzić razem jak najwięcej czasu udaliśmy się do Gent. Hanne rano miała egzamin z języka polskiego, ja natomiast skorzystałem z okazji by rozejrzeć się po starych kontach. Tak się złożyło, że po południu byliśmy tak zajęci sobą, że nie zrobiliśmy sobie żadnych zdjęć.

Rano jednak zdążyłem zdeptać z aparatem praktycznie całe miasto. Zajrzałem nad kanały, okolice szkoły Sint-Lucas oraz Portus Ganda. Obszedłem wszytsko w koło zahaczając o okolice naszego starego mieszkania. Na Brabantdam, w sklepie meblarskim, z myślą o Zuzi dokładnie spisałem adres producenta „rosnących biurek”. Niestety są dość drogie :P Ale praktyczne. Zdjęć z komórki nie zamieszczam- zobaczcie sobie na stronie.

Stare kąty okazało się tętnią życiem w swoim charakterystycznym, przyśpieszonym rytmie. To co na swoim wykładzie w ramach cyklu arcyARCHIwizje profesor Stanisław Fiszer nazwał „migotaniem fasad” można tu obserwować gołym okiem. Gdyby na mapie zaznaczać każdą nową inwestycje migoczącą kropką mapa Gent mieniłaby się niczym firmament w gwieździstą noc. Taką animowaną w czasie mapę pokazał nam swego czasu na zajęciach pan docent André Coene. Zastanawiałem się wtedy jak wyglądała by mapa Łodzi gdyby zanimować ją w ten sposób np. od początku 20 wieku. Od lat pięćdziesiątych – jak zapadająca się czarna dziura?

Przy jednej z piękniejszych wodnych arterii Gent, kanale dzielącym Graslei i Korenlei zabrano się za restaurację i reintrodukcję Oude Vismijn – Starej Hali Rybnej. Lofting Group przekształci ten obiekt w jakieś bezlitosne komercyjne cudo. Nie znam funkcji i trochę żałuję drewnianego fragmentu fasady nad kanałem, który widać na tym zdjęciu. Nie mniej budynek niszczał i fajnie, że ktoś się nim zajmie. Przy okazji obok uchwyciłem zakrytą fasadę Design Museum przy Jan Breydelstraat. Niby nic, ale fajnie, że przechodnie dostają w zastępstwie fasady archiwalne fotki. Czemu nie ma reklamy?

Inny romantyczny kanał znajduje się przy Ketelvest. Od tyłu można tam zobaczyć gotowe już skutki działań biura SumProject architekta Paul’a Lievevrouw’a. Rezydencja Kouterhof to standard do jakiego polska „deweloperka” długo nie dobije. I wcale nie mam tu na myśli zabiegów estetycznych, raczej sposób finansowania. Ostatni apartament sprzedano tu latem 2007, zanim na dobre zaczęła się budowa. Dalej jeszcze rzut okiem na zachód w stronę Opery Flamandzkiej i Handelsbeurs. Tą pierwszą salę odwiedziliśmy już razem z Hanne 2 lata temu. Serwowała bardzo fajne Jezioro Łabędzie w wykonaniu Królewskiego Baletu Flandrii i Flamandzkiej Orkiestry Radiowej. Neoklasyczna fasada budynku z pierwszej połowy 19w. skrywa operetkowe wnętrze, przepysznie przywodzące na myśl francuski teatr w nieco neobarokowym wydaniu. Sala cieszy jednak również dobrą akustyką, a przede wszystkim cieszy obsługujący ją zespół. Do Handelsbeurs mamy nadzieje wybrać się w przyszłości.
Włócząc się w okolicy Ketelvest trafiłem też na ciekawy kościół, którego do tej pory nie zauważyłem. Nie wiem jakie było jego wezwanie, mieści się przy Savaanstraat.

Pewną osobliwością jest plaga ozdobnego ptactwa domowego, która sforami napada na ludzi w miejskich parkach. Ptaki, które napotkałem Muinpark pozowały jak widać chętnie. Swego czasu pisano o tym problemie w lokalnych gazetach. Kurki wyglądają niewinnie i ładnie. ;)

Popołudnie spędziliśmy szwędając się razem z Hanne, zapomniawszy o aparacie. Lunch zjedliśmy w patio Post Plaza przy Korenmarkt. To kolejny budynek, który dotychczas umknął mojej uwadze. Niegdyś znajdowała się tu siedziba poczty głównej. Listonosze ustąpili jednak z obszernego hall’u na rzecz uruchomienia funkcji handlowo-konsumpcyjnych. To miejsce warte odwiedzenia z uwagi na ładny ceglano-stalowy detal oraz charakterystyczne dla tych okolic podwójne przeszklenie sklepienia.

W potoku nowych widoków odnotowałem też nową siedzibę Artevelde Hogeschool przy Kantienberg oraz wciąż pogrążony w żałobie konsulat RP przy Lange Kruisstraat.
Moje nogi odmówiły współpracy koło godziny 17 po 7 kółku dookoła tego 300-tysięcznego miasteczka. Wieczór spędziliśmy w Brugii…